Ta relacja nie do końca będzie zwykłym opisem kolejnej wycieczki. Piszę ją trochę bo chce podzielić się z Wami swoją podróżą, a trochę by przelać swoje uczucia. Wiem, że nie jest to forum Przyjaciółki, ani Wizaż, więc absolutnie nie oczekuje, że ktoś mnie tutaj będzie wspierał, czy dawał porady. Możecie mnie krytykować za styl, ale tego potrzebowałem…. Chyba. Jako, że jest to relacja specyficzna nazwijmy ją też specyficznie – „Samotności ucieczka do Sztokholmu”.
Każdy z nas ma jakiś styl podróżowania. Jedni wolą sami, inni z ukochaną osobą, a jeszcze inni wolą jeździć w większej grupie. Są tacy co wolą zwiedzać powoli – rozkładając pobyt na kilka dni, by bez pośpiechu zobaczyć jakieś miasto, są też Ci co wolą dłużej poleżeć w hotelowym łóżku. Ale są też tacy, co jak tylko mogą to wychodzą z hotelu i zwiedzają co się da. Jak mają tylko chwilę – to idą na miasto, mimo, że jest 22, a wyjazd ma się odbyć następnego dnia z samego rana. Ja należę właśnie do tych osób. Razem z moją dziewczyną, z którą się rozstałem z własnej głupoty, wyniszczony psychicznie i fizycznie przez korporację, jak tylko byliśmy w jakimś miejscu, staraliśmy się je jak najmocniej zwiedzić. Ja uwielbiam planować i oprowadzać, ona uwielbiała mnie słuchać i czuła się dobrze przy tym jak ja prowadziłem i mówiłem, w którym kierunku mamy iść. Można powiedzieć istna sielanka. Niestety praca, którą mam, doprowadziła mnie do tego, że nie umiałem sobie poradzić z zrzuconymi na mnie obowiązkami. Wyjazdy były świetną odskocznią od tego, ale tylko do pewnego momentu. W końcu pewną granicę przekroczyłem i się zagubiłem. Czułem się jakbym był w Kobane w październiku 2014 roku. Zwariowałem, nie wiedziałem co ze sobą zrobić. W końcu, sam do końca siebie nie rozumiejąc, rozstałem się z kimś kogo bardzo mocno kocham. Kobietę tę nazwijmy X.
Mimo, że zrobiłem to sam, myśląc, że świadomie, to nie umiałem się z tego pozbierać. Jedyne co myślałem, że może mnie postawić na nogi był wyjazd. Zawsze w podróży jestem skupiony i „trzymam się w kupie”. Najtaniej w kontekście najbliższego terminu była Szwecja. Bez większego namysłu kupiłem bilet i wziąłem dwa dni urlopu. Osobiście nie znam nikogo tak zwariowanego w podróży jak ja i X., więc postanowiłem polecieć sam.
Swój wylot do NYO (Sztokholm - Skavsta) miałem o godzinie 6 rano z Warszawy Okęcia, zaś powrót następnego dnia o 8. W związku z tym, że nie brałem żadnego noclegu miałem praktycznie 24h bez dłuższego sny. Początkowo planowałem, by wyjechać z miasta około godziny 24, jednak rzucając okiem na tablicę odjazdów Flygbussarna (http://www.flygbussarna.se/en) okazało się, że ostatni odjazd tego dnia jest o 19, co było dla mnie stanowczo za wcześnie. Postanowiłem więc, wrócić pierwszym autobusem o 3:30. Oczywiście, zastanawiałem się nad opcją bus + pociąg (opisywaną wielokrotnie na forum), aczkolwiek z racji tego, że w mieście miałem być tylko jeden dzień, nie chciałem tracić czasu. Dodatkowo w przypadku bezpośredniego dojazdu zawsze mogłem się chwilę zdrzemnąć w autokarze.
Przed samym wyjazdem w momencie układania planu zwiedzania, uczucie bezcelowości mojego samotnego wyjazdu wróciło. Zawsze robiłem to też dla kogoś…. W przypływie emocji, dzień przed odlotem zrobiłem chyba głupią rzecz. Nie wiele myśląc kupiłem jeszcze jeden bilet. Pieniądze w tym przypadku nie miały dla mnie jednak większego znaczenia. Napisałem X., że będę czekał na nią na lotnisku z wydrukowaną kartą pokładową, licząc chyba, że powtórzy się scenariusz z ostatniego odcinka serialu „Friends”. Niestety życie pisze inne scenariusze, chociaż właściwie – piszemy je sami swoimi decyzjami. Głupia i złudna nadzieja, kazała mi czekać przed wejściem na lotnisko do momentu, aż mogłem w ostatniej chwili przejść przez security i pobiec do bramki numer 39.
Wiedząc, że na miejscu będę musiał spędzić połowę nocy, zabrałem ze sobą oprócz kurtki, dwie bluzy i kalesony, z których można się śmiać, ale które mnie uratowały przed wyziębieniem. Temperatura na miejscu w ciągu dnia miała wynosić (i wynosiła) około 10 stopni, aczkolwiek w nocy miała spaść do 0 lub poniżej. Do swojego plecaka spakowałem też kilka kanapek, ciepłego (jeszcze) tosta, którego zrobiłem w domu, a który zawsze przyrządzałem przed wyjazdem z X. Podczas porannego wylotu taki szybki posiłek na lotnisku lub już na miejscu, zawsze stawiał nas na nogi. No właśnie, zawsze brałem go dla X. Możecie nazwać mnie idiotą, ale tym razem licząc, że stanie się cud, też wziąłem dodatkową porcję. Jeżdżąc we dwoje, zawsze też wszystko drukowałem dwa razy – tak by jedną kopię kart pokładowych miała X – tym razem też tak zrobiłem. Stojąc w kolejce do samolotu uzmysłowiłem sobie jak muszę się żenująco zachowywać, ale cóż… Jedyne racjonalne co wtedy mogłem zrobić to chociaż przełożyć tę cholerną drugą kopię papierów z plecaka do swojej saszetki. Papierów, których miałem stanowczo za dużo.
Sama podróż samolotem minęła mi sennie, gdyż poprzednie noce nie były dla mnie łatwe. Były stanowczo za długie, w przeciwieństwie do snu. Trochę napawało mnie to niepewnością, gdyż miałem przed sobą mieć kolejną nieprzespaną noc i bałem się trochę o swoją kondycję. Zasnąłem w swoim fotelu, jak tylko zapiąłem pas. Po punktualnym przylocie i otwarciu drzwi przez personel samolotu, poczułem bardzo chłodny wiatr, który spotęgowany był moją sennością. Po szybkim przejściu przez lotnisko udałem się na stanowisko odjazdu autobusu. Znajduje się ono po prawej stronie, po wyjściu z terminala. Trudno tam nie trafić. Po szybkim odbiciu się przy wejściu (wchodząc należy przyłożyć bilet z kodem QR do skanera) usiadłem na pierwszym wolnym miejscu przy oknie i uprzednio chowając głęboko pod siebie saszetkę z dokumentami, zasnąłem.
Obudziłem się już w samym Sztokholmie, na dworcu centralnym (Cityterminalen). Z niego zaś przeszedłem na Centralstation (swoją drogą nie wiem czemu, po prostu szedłem za kimś). W środku kupiłem bilet 24h i kawę w Burger Kingu (10SEK w porannej promocji). Z informacji turystycznej, które była w środku wziąłem plany miasta i wyszedłem na zewnątrz. Wychodząc z dworca zastałem taki budynek.
Po jego lewej stronie jest miejsce, z którego odjeżdżają busy na lotnisko. Znajdują się tam też tablice, które opisują z którego stanowiska odjeżdżają poszczególne pojazdy. Jak to zawsze po wyjściu z dworca, lekko zagubiony, spróbowałem odnaleźć swoje położenie na mapie. Z tym na szczęście problemu nie mam (co uwielbiała X., bo dzięki temu mogliśmy wiele zobaczyć nie tracąc czasu), więc chwilę potem znajdowałem się na ulicy Drottninggatan. Idąc wzdłuż niej, ciesząc się słońcem, doszedłem do wyspy na której znajduje się budynek szwedzkiego Parlamentu. Prezentuje się on niezwykle okazale:
Przy okazji zaszedłem też na Plac Gustava Adolfa (Gustav Adolfs Torg), na którym znajduje się jego pomnik oraz zrobiłem zdjęcie sztokholmskiego Ratusza, który nawet z oddali wygląda świetnie (to ten budynek z czerwonej cegły w tle):
Kolejnym punktem było Gamla Stan, czyli ichniejsza starówka. Pierwszym co zobaczyłem był Kościół św. Mikołaja - Storkyrkan oraz rezydencja królewska czyli Kungliga Slottet. Z racji ograniczonych funduszy nie zwiedzałem wnętrza – wolałem chłonąć miasto. Jedynym muzeum, które odwiedziłem było Muzeum Wazy (Vasamuseet).
Na przeciwległym brzegu widać słynny Grand Hotel, który słynie z goszczenia laureatów Nagrody Nobla:
Następnie udałem się na Stortogret, czyli główny rynek, na którym znajduje się Muzeum Fundacji Nobla oraz zabytkowe kamienice:
Błądząc uliczkami starego miasta doszedłem do brzegu, na którym zrobiłem sobie przerwę na zjedzenie kanapki. Towarzyszyło mi przy tym ładne słoneczko, widoki i X., ale niestety tylko we wspomnieniach. Tak właśnie lubiliśmy siadać i zajadać się z ładnym widokiem.
W oddali zobaczyłem budynek Gondolen, więc udałem się w jego stronę. Jak wcześniej wyczytałem na forum, z górnego tarasu jest piękny widok na miasto. Jak wjechać na górę? Prosto: Wejście do windy jest tutaj: https://www.google.pl/maps/@59.319663,1 ... YNYQ4g!2e0 Tam gdzie jest cyferka 6 - wchodzimy do środka, następnie idziemy 3 metry prosto i skręcamy w lewo do windy. Tam wjeżdżamy na ostatnie piętro. Po wyjściu z windy idziemy prosto, a potem skręcamy w prawo na schody. Przechodzimy jedno piętro i wychodzimy na taras. Widok, z góry jaki możemy ujrzeć prezentuje się następująco:
Można tam też po cichu skorzystać z darmowej toalety
;-) Następnie wracając przez Gamla Stan w kierunku Riddarholmen chciałem zobaczyć najwęższą uliczkę w Sztokholmie - Marten Trotzigs grand. Niestety w czasie mojego pobytu była ona w remoncie…
Na samej wyspie warte zobaczenia są dwa budynki: Riddarhuset (Dom Rycerski) oraz Riddarholmskyrkan (Najstarszy kościół w Sztokholmie):
Zbliżała się 14, więc postanowiłem udać się spacerem do Muzeum Wazy, które zamykane jest o 17. Idąc wzdłuż brzegu dotarłem do Kungstradgarden, na którym postanowiłem sobie zrobić przerwę, by coś zjeść i chwilę odpocząć.
Po krótkiej przerwie idąc dalej wzdłuż linii brzegowej spacerem dotarłem do Muzeum Wazy. Warto przejść tę trasę, bo widoki po drodze są wspaniałe.
To co zobaczyłem w środku zdecydowanie przerosło moje oczekiwania. Warto było wydać 130SEK. Trzeba koniecznie ujrzeć to na własne oczy.
Kolejnym moim celem, był krótki spacer po Djuragarden:
Stamtąd udałem się tramwajem w okolicę wyspy Skeppsholmen. Co mnie zdziwiło – bilet kasowała kobieta, która była w tramwaju. Podchodziła do każdej osoby, która weszła do tramwaju i aktywowała, bądź weryfikowała bilet. Będąc na Skeppsholmen odwiedziłem od razu Kastellholmen. W ramach ciekawostki: żaglowiec ze zdjęcia poniżej służy jako hostel, nazywa się „Af Chapman”.
Przyszedł czas na kolejny punkt wycieczki – czyli odwiedzenie metra. Mój wybór padł na trzy stacje: 1.Kungstradgarden
2.Solna centrum
3.T-centralnen
Na ostatniej stacji wysiadłem z metra i jako, że było już w okolicach 20 poszedłem na krótką przerwę do Starbucksa. Tam, pijąc dużą kawę (34SEK) przez prawie godzinę, oprócz ogrzania siebie udało mi się podładować smartfona i aparat na wieczór. Będąc na stacji skorzystałem też z toalety i założyłem kalesony
;-) Zaczynało się robić powoli chłodno, a przede mną było jeszcze kilka godzin. Przed godziną 22 wskoczyłem w metro i wysiadłem na stacji Mariatorget. Znajduje się tam pomnik Tora, jednak moim celem było Monteliusvagen – czyli promenada z przepięknym widokiem na Sztokholm. Dokładna lokalizacja tego miejsca: https://www.google.pl/maps/place/Montel ... 490634b1d3 Zdjęcia, jakie udało mi się cyknąć nie oddają tego co tam zastałem. Gdybym nie był na tyle głupi i w porę się ogarnął, to pewnie nie stałbym tam prawie godzinę w samotności…
Po godzinie 23 znalazłem się w McDonaldzie przy Gondolen. Szczerze powiedziawszy – bezpieczniej czułem się na pustych już ulicach Sztokholmu. W środku bardzo dużo imigrantów patrzących spode łba, bezdomni z tobołkami… No coż, dziwny klimat. Zjadłem cheesburgera (10SEK), wypiłem małą kawę i wyszedłem na zewnątrz koło 24. Do odjazdu autobusu miałem ponad 3 godziny, więc nie pozostało mi nic innego jak zwiedzić Starówkę nocą
;-) To co mnie zdziwiło to praktycznie brak żywej duszy. Oprócz kilka pracowników, sprzątających, strażników przed Parlamentem i 3 pijanych dziewczyn nie spotkałem nikogo.
Dokładnie, u mnie po 5 latach się związek posypał. Ale podróże mają w sobie coś takiego, że mój 3 tygodniowy trip po USA pomógł mi się ogarnąć, głowa do góry!
:)
Służy Ci te rozstanie,fajna relacja, a ja na odwrót niektórym przedmówcom, jak jest miłość między Wami to wszystko się ułoży, czas jest najlepszym lekarstwem. Nie wiem jednak na ile "skrzywdziłeś tą dziewczynę". Następną relację napiszsz już z X, zobaczysz!
Bardzo osobista relacja, fajnie się ją czytało, chociaż akurat słowo „fajnie” nie bardzo pasuje do stanu emocjonalnego autora. Cóż można powiedzieć w stylu „wuja dobrej rady”. Człowiek to taka dziwna istota, która jak za długo wszystko jest w porządku, to się z tym stanem oswaja, przestaje go doceniać i jakoś podświadomie dąży w kierunku destrukcji. Dlaczego tak jest, tego nie wiem ale wiem za to nauczony życiowym doświadczeniem, że tak samo jak w życiu wszystko potrafi się szybko popieprzyć, to tak samo potrafi się wszystko nagle zmienić na lepsze. Życie pisze takie scenariusze, że „Friends” przy nich wysiada
:) Jedyna rada to nie popadać w depresję i robić dalej swoje. Złotych recept nie ma, można próbować powalczyć o „X” ale jak się jednak nie uda, to trzeba dać też szansę „Y”, a może „Z”
:)Co do samego tytułowego Sztokholmu, to miasto naprawdę rewelacyjne. Chociaż byłem tam tylko raz na jednodniówce w zeszłym roku, to na pewno jeszcze powrócę. Muzeum okrętu Vaasa (Waza) jest faktycznie absolutnym hitem, który każdy powinien zobaczyć
:)Co do Ratusza, to najlepiej go oglądać z wysepki Riddarholmen, gdzie na nabrzeżu znajduje promenada wypoczynkowa z otwartym widokiem właśnie na Ratusz.
Co do najwęższej uliczki w Sztokholmie - Marten Trotzigs grand, to trafiłem tam całkiem przez przypadek. Uliczka bardzo fajnie wygląda, chociaż faktycznie była trochę zapuszczona, więc remont na pewno się przyda.
W mieście jest w ogóle pełno takich uroczych zakątków, nawet w samym centrum, o których się wiele nie słyszy. Jeden z nich, na który natrafiłem to Brantingtorget, klimatyczny okrągły placyk-podwórko z fontanną.
O innym miejscu dowiedziałem się dopiero po mojej wycieczce, więc pozostaje w planach na następny raz – placyk Bollhustäppan z figurką „little iron boy”.http://en.wikipedia.org/wiki/Bollhustappanhttps://www.google.pl/search?q=little+i ... tOJ8Kre47s
Doszedłeś do bardzo trafnego wniosku dotyczącego własnego życia i relacji z innymi. Pozostaje mi więc życzyć Ci powodzenia w zmianach i dołączyć do grona chwalących Twoją relację. Wszystkiego dobrego!
Parys napisał:Na początku muszę, zdystansować się trochę od pracy. Jak poprawię swoje życie, będę mógł iść z nim do czyjegoś.Bardzo dojrzałe i trafne przemyślenia, z pracą trzeba uważać, szczególnie w korporacjach. Zaraz po studiach zasuwałem jak wariat w takim tworze przez 6 lat. Przez ten okres prawie w cale nie chorowałem, bo nie wypadało. Jak już poszedłem na jakiś krótki urlop, to i tak wszystko odpracowywałem po godzinach, długiego urlopu nie brałem w ogóle. Jak byłem im potrzebny to było w miarę OK. Potem przyszła restrukturyzacja i bez mrugnięcia okiem potraktowano mnie i kolegę jak zbędne koła u wozu. W naszym przypadku na szczęście zdobyte doświadczenia pozwoliły na rozkręcenie własnej działalności i potem nic nie przynosiło tak wielkiej radości jak zabieranie klientów byłemu pracodawcy, a oni nawet straszyli nas z tego powodu sądami
:)Przepraszam za ten off-top w postaci kolejnych "złotych myśli"
:)
Jakkolwiek źle by to nie zabrzmiało, mi się czytało relacje bardzo dobrze. Ciekawie jest czasem przeczytać coś, co nie tryska humorem i optymizmem juz od samego początku, tylko jest utrzymane w formie melancholii i smutku. No, ale to też moje spaczenie, preferuje także smutniejsze książki
:P Btw nie zazdroszczę sytuacji, ale głowa do góry, jakoś to będzie
;) chociaż sam teraz zaczynam pracować w korpo (na szczęście nie z klientem) i trochę zaczynam się obawiać czy dobrze zrobiłem...
:PWysłane z mojego GT-I9082
@maczala1No u mnie było/jest podobnie. Nie skończyłem studiów i poszedłem do takiego korpo, w którym zasuwam sam już nie wiem po co.@michzakZachowaj zdrowy rozsądek i pamiętaj, że praca to nie wszystko. Są rzeczy zdecydowanie ważniejsze, np. miłość, którą trudno się zdobywa, a łatwo traci...
Rozczuliłam się. Ale takie samotne wyprawy są naprawdę super. Też mam kilka takich na koncie. Po co siedzieć w domu i się zamartwiać, jak można się zamartwiać zwiedzając świat.A korpo, dużo by pisać.
:twisted: Trzymam mocno kciuki, aby świat był bardziej kolorowy.
Każdy z nas ma jakiś styl podróżowania. Jedni wolą sami, inni z ukochaną osobą, a jeszcze inni wolą jeździć w większej grupie. Są tacy co wolą zwiedzać powoli – rozkładając pobyt na kilka dni, by bez pośpiechu zobaczyć jakieś miasto, są też Ci co wolą dłużej poleżeć w hotelowym łóżku. Ale są też tacy, co jak tylko mogą to wychodzą z hotelu i zwiedzają co się da. Jak mają tylko chwilę – to idą na miasto, mimo, że jest 22, a wyjazd ma się odbyć następnego dnia z samego rana. Ja należę właśnie do tych osób. Razem z moją dziewczyną, z którą się rozstałem z własnej głupoty, wyniszczony psychicznie i fizycznie przez korporację, jak tylko byliśmy w jakimś miejscu, staraliśmy się je jak najmocniej zwiedzić. Ja uwielbiam planować i oprowadzać, ona uwielbiała mnie słuchać i czuła się dobrze przy tym jak ja prowadziłem i mówiłem, w którym kierunku mamy iść. Można powiedzieć istna sielanka. Niestety praca, którą mam, doprowadziła mnie do tego, że nie umiałem sobie poradzić z zrzuconymi na mnie obowiązkami. Wyjazdy były świetną odskocznią od tego, ale tylko do pewnego momentu. W końcu pewną granicę przekroczyłem i się zagubiłem. Czułem się jakbym był w Kobane w październiku 2014 roku. Zwariowałem, nie wiedziałem co ze sobą zrobić. W końcu, sam do końca siebie nie rozumiejąc, rozstałem się z kimś kogo bardzo mocno kocham. Kobietę tę nazwijmy X.
Mimo, że zrobiłem to sam, myśląc, że świadomie, to nie umiałem się z tego pozbierać. Jedyne co myślałem, że może mnie postawić na nogi był wyjazd. Zawsze w podróży jestem skupiony i „trzymam się w kupie”. Najtaniej w kontekście najbliższego terminu była Szwecja. Bez większego namysłu kupiłem bilet i wziąłem dwa dni urlopu. Osobiście nie znam nikogo tak zwariowanego w podróży jak ja i X., więc postanowiłem polecieć sam.
Swój wylot do NYO (Sztokholm - Skavsta) miałem o godzinie 6 rano z Warszawy Okęcia, zaś powrót następnego dnia o 8. W związku z tym, że nie brałem żadnego noclegu miałem praktycznie 24h bez dłuższego sny. Początkowo planowałem, by wyjechać z miasta około godziny 24, jednak rzucając okiem na tablicę odjazdów Flygbussarna (http://www.flygbussarna.se/en) okazało się, że ostatni odjazd tego dnia jest o 19, co było dla mnie stanowczo za wcześnie. Postanowiłem więc, wrócić pierwszym autobusem o 3:30. Oczywiście, zastanawiałem się nad opcją bus + pociąg (opisywaną wielokrotnie na forum), aczkolwiek z racji tego, że w mieście miałem być tylko jeden dzień, nie chciałem tracić czasu. Dodatkowo w przypadku bezpośredniego dojazdu zawsze mogłem się chwilę zdrzemnąć w autokarze.
Przed samym wyjazdem w momencie układania planu zwiedzania, uczucie bezcelowości mojego samotnego wyjazdu wróciło. Zawsze robiłem to też dla kogoś…. W przypływie emocji, dzień przed odlotem zrobiłem chyba głupią rzecz. Nie wiele myśląc kupiłem jeszcze jeden bilet. Pieniądze w tym przypadku nie miały dla mnie jednak większego znaczenia. Napisałem X., że będę czekał na nią na lotnisku z wydrukowaną kartą pokładową, licząc chyba, że powtórzy się scenariusz z ostatniego odcinka serialu „Friends”. Niestety życie pisze inne scenariusze, chociaż właściwie – piszemy je sami swoimi decyzjami. Głupia i złudna nadzieja, kazała mi czekać przed wejściem na lotnisko do momentu, aż mogłem w ostatniej chwili przejść przez security i pobiec do bramki numer 39.
Wiedząc, że na miejscu będę musiał spędzić połowę nocy, zabrałem ze sobą oprócz kurtki, dwie bluzy i kalesony, z których można się śmiać, ale które mnie uratowały przed wyziębieniem. Temperatura na miejscu w ciągu dnia miała wynosić (i wynosiła) około 10 stopni, aczkolwiek w nocy miała spaść do 0 lub poniżej. Do swojego plecaka spakowałem też kilka kanapek, ciepłego (jeszcze) tosta, którego zrobiłem w domu, a który zawsze przyrządzałem przed wyjazdem z X. Podczas porannego wylotu taki szybki posiłek na lotnisku lub już na miejscu, zawsze stawiał nas na nogi. No właśnie, zawsze brałem go dla X. Możecie nazwać mnie idiotą, ale tym razem licząc, że stanie się cud, też wziąłem dodatkową porcję. Jeżdżąc we dwoje, zawsze też wszystko drukowałem dwa razy – tak by jedną kopię kart pokładowych miała X – tym razem też tak zrobiłem. Stojąc w kolejce do samolotu uzmysłowiłem sobie jak muszę się żenująco zachowywać, ale cóż… Jedyne racjonalne co wtedy mogłem zrobić to chociaż przełożyć tę cholerną drugą kopię papierów z plecaka do swojej saszetki. Papierów, których miałem stanowczo za dużo.
Sama podróż samolotem minęła mi sennie, gdyż poprzednie noce nie były dla mnie łatwe. Były stanowczo za długie, w przeciwieństwie do snu. Trochę napawało mnie to niepewnością, gdyż miałem przed sobą mieć kolejną nieprzespaną noc i bałem się trochę o swoją kondycję. Zasnąłem w swoim fotelu, jak tylko zapiąłem pas. Po punktualnym przylocie i otwarciu drzwi przez personel samolotu, poczułem bardzo chłodny wiatr, który spotęgowany był moją sennością. Po szybkim przejściu przez lotnisko udałem się na stanowisko odjazdu autobusu. Znajduje się ono po prawej stronie, po wyjściu z terminala. Trudno tam nie trafić. Po szybkim odbiciu się przy wejściu (wchodząc należy przyłożyć bilet z kodem QR do skanera) usiadłem na pierwszym wolnym miejscu przy oknie i uprzednio chowając głęboko pod siebie saszetkę z dokumentami, zasnąłem.
Obudziłem się już w samym Sztokholmie, na dworcu centralnym (Cityterminalen). Z niego zaś przeszedłem na Centralstation (swoją drogą nie wiem czemu, po prostu szedłem za kimś). W środku kupiłem bilet 24h i kawę w Burger Kingu (10SEK w porannej promocji). Z informacji turystycznej, które była w środku wziąłem plany miasta i wyszedłem na zewnątrz. Wychodząc z dworca zastałem taki budynek.
Po jego lewej stronie jest miejsce, z którego odjeżdżają busy na lotnisko. Znajdują się tam też tablice, które opisują z którego stanowiska odjeżdżają poszczególne pojazdy.
Jak to zawsze po wyjściu z dworca, lekko zagubiony, spróbowałem odnaleźć swoje położenie na mapie. Z tym na szczęście problemu nie mam (co uwielbiała X., bo dzięki temu mogliśmy wiele zobaczyć nie tracąc czasu), więc chwilę potem znajdowałem się na ulicy Drottninggatan. Idąc wzdłuż niej, ciesząc się słońcem, doszedłem do wyspy na której znajduje się budynek szwedzkiego Parlamentu. Prezentuje się on niezwykle okazale:
Przy okazji zaszedłem też na Plac Gustava Adolfa (Gustav Adolfs Torg), na którym znajduje się jego pomnik oraz zrobiłem zdjęcie sztokholmskiego Ratusza, który nawet z oddali wygląda świetnie (to ten budynek z czerwonej cegły w tle):
Kolejnym punktem było Gamla Stan, czyli ichniejsza starówka. Pierwszym co zobaczyłem był Kościół św. Mikołaja - Storkyrkan oraz rezydencja królewska czyli Kungliga Slottet. Z racji ograniczonych funduszy nie zwiedzałem wnętrza – wolałem chłonąć miasto. Jedynym muzeum, które odwiedziłem było Muzeum Wazy (Vasamuseet).
Na przeciwległym brzegu widać słynny Grand Hotel, który słynie z goszczenia laureatów Nagrody Nobla:
Następnie udałem się na Stortogret, czyli główny rynek, na którym znajduje się Muzeum Fundacji Nobla oraz zabytkowe kamienice:
Błądząc uliczkami starego miasta doszedłem do brzegu, na którym zrobiłem sobie przerwę na zjedzenie kanapki. Towarzyszyło mi przy tym ładne słoneczko, widoki i X., ale niestety tylko we wspomnieniach. Tak właśnie lubiliśmy siadać i zajadać się z ładnym widokiem.
W oddali zobaczyłem budynek Gondolen, więc udałem się w jego stronę. Jak wcześniej wyczytałem na forum, z górnego tarasu jest piękny widok na miasto. Jak wjechać na górę? Prosto: Wejście do windy jest tutaj:
https://www.google.pl/maps/@59.319663,1 ... YNYQ4g!2e0
Tam gdzie jest cyferka 6 - wchodzimy do środka, następnie idziemy 3 metry prosto i skręcamy w lewo do windy. Tam wjeżdżamy na ostatnie piętro. Po wyjściu z windy idziemy prosto, a potem skręcamy w prawo na schody. Przechodzimy jedno piętro i wychodzimy na taras. Widok, z góry jaki możemy ujrzeć prezentuje się następująco:
Można tam też po cichu skorzystać z darmowej toalety ;-)
Następnie wracając przez Gamla Stan w kierunku Riddarholmen chciałem zobaczyć najwęższą uliczkę w Sztokholmie - Marten Trotzigs grand. Niestety w czasie mojego pobytu była ona w remoncie…
Na samej wyspie warte zobaczenia są dwa budynki: Riddarhuset (Dom Rycerski) oraz Riddarholmskyrkan (Najstarszy kościół w Sztokholmie):
Zbliżała się 14, więc postanowiłem udać się spacerem do Muzeum Wazy, które zamykane jest o 17. Idąc wzdłuż brzegu dotarłem do Kungstradgarden, na którym postanowiłem sobie zrobić przerwę, by coś zjeść i chwilę odpocząć.
Po krótkiej przerwie idąc dalej wzdłuż linii brzegowej spacerem dotarłem do Muzeum Wazy. Warto przejść tę trasę, bo widoki po drodze są wspaniałe.
To co zobaczyłem w środku zdecydowanie przerosło moje oczekiwania. Warto było wydać 130SEK. Trzeba koniecznie ujrzeć to na własne oczy.
Kolejnym moim celem, był krótki spacer po Djuragarden:
Stamtąd udałem się tramwajem w okolicę wyspy Skeppsholmen. Co mnie zdziwiło – bilet kasowała kobieta, która była w tramwaju. Podchodziła do każdej osoby, która weszła do tramwaju i aktywowała, bądź weryfikowała bilet. Będąc na Skeppsholmen odwiedziłem od razu Kastellholmen. W ramach ciekawostki: żaglowiec ze zdjęcia poniżej służy jako hostel, nazywa się „Af Chapman”.
Przyszedł czas na kolejny punkt wycieczki – czyli odwiedzenie metra. Mój wybór padł na trzy stacje:
1.Kungstradgarden
2.Solna centrum
3.T-centralnen
Na ostatniej stacji wysiadłem z metra i jako, że było już w okolicach 20 poszedłem na krótką przerwę do Starbucksa. Tam, pijąc dużą kawę (34SEK) przez prawie godzinę, oprócz ogrzania siebie udało mi się podładować smartfona i aparat na wieczór. Będąc na stacji skorzystałem też z toalety i założyłem kalesony ;-) Zaczynało się robić powoli chłodno, a przede mną było jeszcze kilka godzin.
Przed godziną 22 wskoczyłem w metro i wysiadłem na stacji Mariatorget. Znajduje się tam pomnik Tora, jednak moim celem było Monteliusvagen – czyli promenada z przepięknym widokiem na Sztokholm. Dokładna lokalizacja tego miejsca:
https://www.google.pl/maps/place/Montel ... 490634b1d3
Zdjęcia, jakie udało mi się cyknąć nie oddają tego co tam zastałem. Gdybym nie był na tyle głupi i w porę się ogarnął, to pewnie nie stałbym tam prawie godzinę w samotności…
Po godzinie 23 znalazłem się w McDonaldzie przy Gondolen. Szczerze powiedziawszy – bezpieczniej czułem się na pustych już ulicach Sztokholmu. W środku bardzo dużo imigrantów patrzących spode łba, bezdomni z tobołkami… No coż, dziwny klimat. Zjadłem cheesburgera (10SEK), wypiłem małą kawę i wyszedłem na zewnątrz koło 24. Do odjazdu autobusu miałem ponad 3 godziny, więc nie pozostało mi nic innego jak zwiedzić Starówkę nocą ;-) To co mnie zdziwiło to praktycznie brak żywej duszy. Oprócz kilka pracowników, sprzątających, strażników przed Parlamentem i 3 pijanych dziewczyn nie spotkałem nikogo.